na co dzieńzdrowie

Pięć miesięcy frutarianizmu – jeszcze żyję! + Moje badania krwi.

Myślę, że minęło już wystarczająco czasu, by napisać coś konkretnego o tym, jak teraz wygląda moja dieta, czy wytrwałam, jak się czuję, czy umieram z niedojedzenia i tak dalej. W wynikach ankiety, którą wypełnialiście mnóstwo osób wspomniało, że chcieliby poczytać o tym, jak jem, więc myślę, że was to zainteresuje. Nie wiem czy odpowiem na wszystkie pytania jakie moglibyście mieć, więc w razie co śmiało zostawiajcie komentarze. Piszę tu o sobie, ale Nathan je w taki sam sposób.
.
.
.
Moja aktualna dieta

Tak, wytrwałam! I wcale nie muszę się do niczego zmuszać, naprawdę. Moja dieta zmieniła się nieco jakieś półtora miesiąca temu, do tamtej pory jadłam tylko owoce i sałatki. Teraz jem trochę inaczej głównie z tego powodu, że po prostu teraz jest mniejsza dostępność do dobrych owoców i chociaż dalej jest ich sporo to nie smakują tak samo i nie raz już nacięłam się na bardzo niedobrego arbuza, na przykład. Ja nie jestem typem osoby, która będzie się głodzić dla zasady i nie będzie jeść nic, jeśli owoce nie są zbyt dobre. Dlatego teraz jem o wiele więcej sałatek, robię kluski z cukinii z różnymi sosami mojej własnej twórczości, kulki z daktyli i kokosa, smoothie. Na śniadanie zazwyczaj jem arbuza, a jeśli go nie mam to jem truskawki lub czereśnie, które ostatnio znów się pojawiły. Uwielbiam czereśnie! Dosłownie pięć minut temu zjadłam ich kilogram. Później to już zależy kiedy jestem głodna i na co mam ochotę. Czasem nie jem przez pięć kolejnych godzin, a innym razem jem po godzinie. Różnie to bywa. Sałatki, które jem są spore, zazwyczaj szatkuję całą główkę sałaty, kroję trzy lub cztery pomidory, czerwoną paprykę, suszone pomidory, awokado. Czasami dodam żurawinę. Czasem jem tak bez żadnych dodatków, innym razem skropię świeżym sokiem z cytryny lub limonki, a jeszcze innym razem zrobię sos miksując suszone pomidory i awokado, zamiast wkładać je bezpośrednio do sałatki. Zależy na co mam ochotę. Czasami posypię nasionami konopii.

Zrobię specjalną serię postów dla was, w której będę pokazywać co jem w ciągu dnia i wtedy bardziej to wszystko rozwinę :). Czasem dodaję snapy ze zdjęciami posiłków, więc jakbyście byli ciekawi to zapraszam – gusiek.w


.
.
.
Moje zasady żywieniowe

Jest kilka takich rzeczy, których się trzymam, o których nie zapominam i dzięki którym czuję się lepiej.

  1. Jem, gdy jestem głodna. Nie mam ustalonych godzin posiłków, nie trzymam się żadnego harmonogramu. Zamiast tego słucham swojego ciała i odpowiadam na jego sygnały. Jeśli więc na przykład zgłodnieję o godzinie 22 to zjem coś o 22. Te późne posiłki będą jednak lżejsze, więc nie zrobię już sałatki, ale zjem np. truskawki.
  2. Nigdy z niczym nie mieszam arbuza. Arbuz to owoc, który trawi się najszybciej (jak i inne melony) i jem go samego, nie mieszam z żadnymi innymi rzeczami, żeby nie przeszkodzić właśnie w trawieniu.
  3. Nie łączę truskawek z bananami, bo jak zjem taki mix to boli mnie brzuch. Wydawałoby się, że bez powodu, ale wygląda na to, że jednak ma sens ten podział owoców na grupy. Banan jest w grupie owoców słodkich, a truskawki w grupie owoców kwaśnych. Łączenie tych dwóch grup może sprawiać problemy żołądkowi.
  4. Nie jem ani nie piję nic zimnego, bo po zimnym też boli mnie brzuch. Tzn. taki arbuz z lodówki jest okej, ale jak zblendowałam zamrożone banany z paroma dodatkami (takie jakby lody wyszły) to później miałam problem z bólem brzucha. Testowałam to później jeszcze kilka razy i zawsze mnie bolało po zimnym, więc mój organizm przyzwyczaił się po prostu do normalnej temperatury.
  5. Nie używamy soli ani cukru w ogóle.
  6. Jeśli nie mam apetytu to nie jem, nie zmuszam się. Jeśli źle się czuję, na przykład przeziębię się albo coś, to też w siebie nie wpycham, tylko daję organizmowi czas na dojście do siebie.

.
.
.
Czy naprawdę niszczę swój organizm?

Wiele razy spotkałam się z komentarzami, że rujnuję swoje zdrowie jedząc w taki sposób, dlatego pozwólcie, że wam opowiem o kilku różnicach, które zauważyłam po przejściu na surową wegańską dietę. Pamiętajcie jednak, że przed tym weganką byłam ponad rok, a wcześniej wegetarianką przez ponad 10 lat, więc już to sprawiło, że byłam zdrowsza, bo gdybym nawet z samego wegetarianizmu przeskoczyła na surowy weganizm to czułabym się pewnie jak nowonarodzona. Dalej jednak były rzeczy (i na pewno wciąż jakieś inne są), w których zaszły spore zmiany i wymienię je poniżej.

  1. Mam o wiele więcej energii i zdecydowanie to czuję. Nie śpię dużo (bo April), a mimo to jestem w stanie być aktywna cały dzień. O wiele, wiele rzadziej zdarza mi się pomyśleć, że czegoś mi się nie chce zrobić czy że nie chce mi się gdzieś pójść.
  2. Moja skóra na całym ciele jest gładka, napięta i nawilżona bez używania balsamów czy olejków. Owoce mają w sobie dużo wody, co gra tutaj ogromną rolę. Jedynie moje dłonie są mega suche aktualnie, ale tutaj winę zwalam na przeprowadzkę oraz pogodę.
  3. Ponadto, skóra na twarzy ma taki jakiś blask, którego nie miała wcześniej. Widać, że jest zdrowa.
  4. Mam całkowicie bezbolesne i bardzo lekkie okresy. Jakiś czas temu musiałam brać leki przeciwbólowe i brałam jeden ibuprom rano i jeden późnym popołudniem, a i tak dalej czułam ból. Później, gdy przestałam przyjmować jakiekolwiek leki (i zrobiłam to, wbrew pozorom, dla zdrowia) to naprawdę cierpiałam przez pierwsze dwa dni. Po przejściu z weganizmu na surowy weganizm wszystkie bóle mi przeszły całkowicie i jedynym objawem na zbliżającą się miesiączkę jest to, że mam zwiększony apetyt. Wcześniej miałabym bóle brzucha i głowy, huśtawki nastroju, wypryski na twarzy, byłabym wzdęta. Teraz nic takiego nie ma miejsca. W tym momencie często (ale nie zawsze) wystarczy mi wkładka higieniczna, zamiast podpaski. Pamiętajcie, że bolesne i bardzo obfite miesiączki nie są normalne! A jak ktoś ma mdłości, zawroty głowy albo nawet wymiotuje to jest to jeszcze większy powód do niepokoju.
  5. Moje paznokcie są o wiele mocniejsze. Nie łamią i nie rozdwajają mi się, szybciej rosną. Podobnie z włosami – szybciej rosną i są o wiele bardziej lśniące niż wcześniej.
  6. Może się to wydawać dziwne, ale lepiej też widzę. Tzn. nigdy nie miałam problemów ze wzrokiem, ale teraz wszystko jest wyraźniejsze, kolory są jakby bardziej nasycone. Naprawdę widzę tu różnicę i wiem, że nie jestem z tym sama.
  7. Nie powoduję żadnych stanów zapalnych, wzdęć, gazów, bóli brzucha ani głowy, ociężałości, zmęczenia, nie podnoszę sobie poziomu cukru we krwi ani cholesterolu. Wszystko jest na takich poziomach, na jakich powinno być. Ciekawostką niech będzie to, że spożywanie nabiału znacznie zwiększa wydzielanie śluzu, co powoduje katar, kaszel, zatkane zatoki, częste przeziębienia i wiele innych.
  8. Nie choruję. To zmieniło się w sumie po przejściu na weganizm – przestałam chorować. Przez ten cały czas (ok. półtora roku chyba albo nawet już dwa lata) chora byłam chyba tylko dwa razy i były to zwykłe przeziębienia, które szybko przechodziły. Zaznaczę tu jeszcze, że nie brałam żadnych leków na nic.
  9. Mam płaski brzuch, na który nie muszę pracować! Jednocześnie mam zaokrąglone biodra, więc wcale nie jestem wychudzona.

 

Wiem, że im dłużej będę jeść w ten sposób tym bardziej moje ciało będzie się oczyszczać i tym lepiej mój organizm będzie się czuć!

 

Niedawno robiłam badania krwi i chciałam pokazać wam moje wyniki po to, byście zobaczyli, że wcale nie mam żadnych niedoborów. Klikajcie na obrazki, aby je powiększyć. Wszystko tam jest po angielsku, więc jakbyście potrzebowali pomocy to piszcie w komentarzach. Zamazałam tam też moje dane, adresy i nazwisko lekarza.

.

 

Spadek wagi

Jeśli z diety wyeliminuje się niezdrowe tłuszcze, cukry i inne dziwne rzeczy to oczywiście, że waga spadnie. Samo przejście na zdrowy weganizm sprawi, że zrzucicie zbędne kilogramy, że zaczniecie się czuć i wyglądać lepiej. Tylko zaznaczam tutaj – zdrowy weganizm, bo niezdrowy to inna bajka, chociaż nawet samo odstawienie produktów zwierzęcych już sprawi, że waga się ruszy.

Ja schudłam w sumie 9 kg i wskaźnik BMI mówi mi, że jestem „wychudzona”, a ja… czuję się świetnie, nie choruję, wyglądam dobrze (chociaż to akurat jest kwestia gustu), chodzę na siłownię i tak, rosną mi mięśnie nawet bez spożywania koktajli białkowych. Uważam, że mój organizm po prostu osiągnął optymalną wagę, która jest dla niego najodpowiedniejsza, bo teraz już nie spada i jak kiedyś chciałam przytyć tak teraz szczerze mi to wisi.


.
.
.
Tak, zdarzają mi się wyjątki

Gdybym poszła do kogoś i ten ktoś przygotowałby sałatkę, w której byłyby na przykład marchewki albo buraczki to najprawdopodobniej bym ją zjadła, no chyba że nie byłabym głodna. Jak byliśmy w marokańskiej restauracji to spróbowałam kilku rzeczy. Zjadłam trochę ugotowanego bakłażana i wspomniane już przed chwilą buraczki. Jeśli idę z kimś do restauracji to dokładnie pytam o wszystko co chcę zamówić czyli o konkretny skład sałatek, które czasem wydają się proste i bez dodatków, a wcale takie nie są. Zawsze jednak gdy gdzieś jadę to zabieram ze sobą jedzenie na wszelki wypadek. Zresztą, po prostu dobrze jest mieć jakieś przekąski na czarną godzinę!

Jak byłam w Polsce to powiem szczerze, że ciężko mi było żyć na owocach, bo wszystko było takie niedojrzałe… Banany totalnie żółte, a czekanie na to, żeby dojrzały choć trochę trwało bardzo długo. Zjadłam sobie więc trochę hummusu, pitę, jakieś tam dodatki warzywne, nie pamiętam już dokładnie co w tym było. Kupiłam też chleb zrobiony z ziaren i jadłam z pomidorami. Zaskoczeniem było to, że w Biedronce mieli dobre mango!

Teraz wygląda to tak, że, jak już wspomniałam, w okresie zimowym jemy trochę inaczej. Więcej sałatek, więcej surowych krakersów, piję wodę kokosową, żeby być dobrze nawodnioną. Dzisiaj wywaliłam kolejnego niedobrego arbuza i na razie się poddaję, bo tylko marnuję pieniądze. Na wiosnę się to zmieni, ale na razie jest jak jest i nie mam z tym większego problemu, chociaż tęsknię za świeżymi owocami. Do sałatek dodajemy czasem fasolę pinto, zdarza się nam od czasu do czasu dodać też trochę kuskusu. Raz na jakiś czas zjem kromkę chleba i zaspokaja to moją potrzebę (bez kitu, chleb uzależnia, poczytajcie o tym), ale to tylko tyle, nie czuję nic innego pozytywnego, nie uważam, żebym dostarczała organizmowi żadnych wartości odżywczych w ten sposób.

Jak już jem coś innego niż zazwyczaj to upewniam się, że nie ma w tym dodanego cukru oraz soli, a jeśli jest sól to że jest jej minimalna ilość. Jakby ktoś zaserwował mi sałatkę z pomidorami i solą to już bym nie zjadła.

Na mojej liście rzeczy, których w ogóle nie chcę jeść są m.in. wszelkie kiszone rzeczy jak kapusta czy ogórki, brokuły, grzyby, cebula, ziemniaki i inne.


.
.
.
A co z orzechami?!

Wiecie co jest ciekawe? Nawet jak kupuje się na przykład orzechy nerkowca oznaczone jako „surowe” to tak naprawdę nie są surowe, bo surowe nerkowce są toksyczne dla organizmu człowieka. I tak samo jest z innymi rodzajami, ale nie jestem teraz pewna jakimi konkretnie. Nie rozumiem więc po co kombinować z czymś, co w naturalnej formie jest toksyczne? Nie zjedlibyście przecież muchomora, nie?

Dlatego też ograniczam spożywanie orzechów do minimum. Mamy kilka różnych rodzajów w naszej spiżarce, ale rzadko je używamy. Raz na miesiąc może zdarzy mi się zrobić sos z użyciem jakichś orzechów (albo ciasto dyniowe, o którym wam pisałam wcześniej), ale zawsze najpierw zalewam je wrzątkiem i zostawiam do odmoczenia na całą noc.


.
.
.
Warzywa są niezdrowe – sprostowanie

Bardzo chcę w tym miejscu sprostować jedną rzecz, której zresztą nigdy nie powiedziałam. Na samym początku nie myślałam, że zostanie to tak odebrane, ale od jakiegoś czasu wydaje mi się, że nie wyjaśniłam tego do końca.

Nie uważam, że warzywa są niezdrowe. Nie uważam też, że warzywa powodują choroby. Faktem jest natomiast, że surowe warzywa trawione są o wiele trudniej niż owoce, niektóre (np. kukurydza) nie są trawione w ogóle, większość powoduje wzdęcia, gazy i bóle brzucha. Poza tym nie mają w sobie nic ważnego, czego nie dałyby mi owoce. Dlatego podjęłam decyzję, by wykluczyć je z mojej diety. Chcę jeść to, co mój organizm będzie w stanie strawić bez problemu. Tylko gotowane warzywa mogą być strawione trochę łatwiej, ale z kolei obróbka termiczna w wysokich temperaturach powoduje wytwarzanie toksyn, które zaburzają florę bakteryjną jelit, co prowadzi do różnych niefajnych chorób, m.in. nowotworu jelita. Co więcej, gdy trawimy produkty przygotowane w temperaturze wyższej niż 45 stopni Celsjusza, powodujemy skok białych krwinek, co prowadzi do zwiększenia stanów zapalnych, a to z kolei znacznie zwiększa ryzyko zachorowania na różne schorzenia. Czy warto? Według mnie nie.


.
.
.
Na chwilę obecną to tyle. Mam jeszcze dwa kolejne posty na ten temat czekające na publikację, więc zapraszam do mnie ponownie :).

Do następnego!
Aga
.
.
.
Jeśli lubisz tu zaglądać i czytać moje posty to będę bardzo wdzięczna, jeśli zagłosujesz na mojego bloga klikając w baner poniżej. Dzięki :)!

glosowanie