Uncategorized

Nie współpracuję już z Odmładzanie na surowo… i ujawniam dlaczego

Długo zastanawiałam się czy napisać ten post. Ostatecznie podjęłam decyzję, że napiszę, bo jest kilka spraw, obok których jednak nie mogę przejść obojętnie.

Chciałam poinformować Was, że nie współpracuję już dłużej z Mariuszem Budrowskim oraz jego zespołem z Odmładzanie na surowo. Jednak miałam to zrobić w inny sposób. To miało być krótkie oświadczenie, w którym chciałam napisać, że nasze drogi biznesowe się rozeszły i postanowiłam wrócić do działalności samodzielnej. Wielu rzeczy znajdujących się w tym poście miało nie być. Niestety, moje granice zostały przekroczone w momencie, gdy Mariusz Budrowski nagrał film na YouTube, w którym bez wątpliwości nawiązuje do mnie i mojej rodziny, a miarka przebrała się całkowicie, kiedy zaczął wysyłać do moich widzów prywatne wiadomości, w których byłam bezpodstawnie oczerniana.

Jestem na takim etapie swojego życia, po wielu nieprzyjemnych przejściach online, że nie pozwolę sobie na takie traktowanie.

Zanim przejdę do rzeczy, chciałabym jasno zaznaczyć kilka spraw. Mianowicie:

  1. Ten post NIE ma na celu niszczenia czyjegokolwiek wizerunku. Skupię się na faktach, nie wplatając zbyt dużo moich własnych opinii.
  2. NIE chciałabym, byście po przeczytaniu tego postu szturmem uderzali do Mariusza wysyłając mu nieprzyjemne wiadomości lub komentarze. To nikomu w niczym nie pomoże.
  3. Celem tego postu jest wyjaśnienie kilku spraw, które trafiły do moich widzów za pośrednictwem wiadomości prywatnych (opublikuję je niżej w tym poście) wysłanych przez Mariusza Budrowskiego. Chcę również wspomnieć o rzeczach, które męczą mnie od jakiegoś czasu, i o których Wy jako widzowie i potencjalni klienci macie prawo wiedzieć.
  4. NIE mam w sobie żadnej złości, zawiści, zazdrości, chęci zemsty ani nic z tych rzeczy. Niekontynuowanie współpracy było moją decyzją spowodowaną sprawami biznesowymi, a nie relacjami prywatnymi (o czym więcej powiem później).
  5. Nie wiem, jak długi post mi wyjdzie, ale PROSZĘ, zanim zechcecie to w jakikolwiek sposób skomentować, najpierw przeczytajcie całość. Każdy punkt tego postu jest ważny i każdy ujawnia więcej. Jeśli po przeczytaniu całości dalej coś jest dla Was niejasne to piszcie proszę do mnie na againamerica.info@gmail.com

OK, to teraz do konkretów.

Początki

Żeby tak na szybko wyjaśnić sprawę, zacznę od samych początków. Z Mariuszem Budrowskim poznaliśmy się przez internet około 5 lat temu. Napisał on do mnie pierwszy i poprosił bym była gościem na jednym z jego spotkań na żywo na kanale Odmładzanie na surowo na YouTube. Odmówiłam kilka razy, ale Mariusz wciąż nalegał, więc w końcu się zgodziłam i to było fajne doświadczenie. W tamtym czasie kanał Odmładzanie na surowo był nowy, a ja miałam już na koncie dziesiątki lub nawet setki tysięcy wyświetleń każdego filmu (piszę o tym, bo wiem, że niektórzy uważają, że ja „wybiłam się” dzięki Mariuszowi – nie, nie było tak).

Od tamtego czasu byliśmy w regularnym, choć dość rzadkim kontakcie.

W pewnym momencie, chyba jakoś w 2018 roku, zapytałam Mariusza jak wydał swoją książkę, ponieważ ja miałam napisaną moją i również chciałam ją wydać, jednak w tamtym czasie nie miałam odpowiedniej wiedzy, by zrobić to samodzielnie. Mariusz wrócił do mnie z odpowiedzią i jednocześnie propozycją, że może mi pomóc. Wtedy zaczęły się rozmowy dotyczące wydania książki „Mój Owocowy Świat”. 

Stanęło na umowie słownej, że za każdą sprzedaną książkę ja otrzymuję 30% zysku, a Mariusz 70%. Tak duża różnica wynikała z tego, że Mariusz Budrowski zajął się drukiem i miał zająć się również marketingiem (o tej kwestii nieco później). Mówiąc najprościej, płaciłam mu jako wydawcy za usługi związane z wydaniem i sprzedażą książki. W związku tym nie miałam problemu z takim podziałem, bo wtedy wiedziałam za co miałam mu płacić i to było OK.

Nie było żadnej innej umowy oprócz dwóch kwestii wspomnianych wyżej – zysk oraz ogólne zadania.

Mniej więcej w tym czasie zaczęliśmy też rozmawiać częściej jako znajomi.

Organizując wydarzenie Surowe Zdrowie w 2019 roku, gdzie miała miejsce premiera mojej książki, Mariusz zaprosił mnie do Polski. Opłacił mi również podróż, co nie było niczym dziwnym, ponieważ każdy gość na tym wydarzeniu (łącznie z prelegentem, który przyleciał z Kanady) miał wszystko opłacone przez Mariusza.

Na samym wydarzeniu, z tego co mówił Mariusz, sprzedało się sporo książek, choć w chwili obecnej nie pamiętam, ile dokładnie. Usłyszałam od niego, że „prawie 1000”. W żadnej ze swoich wiadomości do mnie, do mojego męża lub do moich obserwatorów, Mariusz nie wspomina nic o tym, ile zarobił w ciągu ostatnich 3 lat dzięki mnie.

Plany, które nigdy nie doszły do skutku

Niedługo przed moim wylotem na Kostarykę, w październiku 2020 roku, Mariusz zadzwonił do mnie i opowiedział o swoim pomyśle na nową platformę o zdrowiu dla Polaków. Powiedział, że bardzo chciałby, żebym była tego częścią, oraz że w tym przypadku chciałby podpisać umowę. Ciekawie to dla mnie zabrzmiało, więc powiedziałam, zgodnie z prawdą, że byłam na to otwarta. Mariusz zaznaczył, że od tamtego czasu super byłoby mieć cotygodniowe spotkania, by wszystko zacząć ustalać, robić plany, dogadać umowę, itd. Jak widać na poniższym screenie mojej wiadomości do Mariusza wysłanej w kwietniu 2021, spotkań poniedziałkowych nie było właściwie w ogóle. 

Mariusz przesłał mi umowę do podpisania. Jednak po przeczytaniu wiedziałam, że jej nie podpiszę, ponieważ była dla mnie niezwykle niekorzystna. Jasno więc zakomunikowałam Mariuszowi, bardzo szybko po jej otrzymaniu, że na pewno jej w takiej formie nie podpiszę. Zdziwił się, ale był otwarty na rozmowy. Nigdy jednak do żadnej takiej rozmowy na temat umowy nie doszło, mimo tego, że mieszkaliśmy blisko siebie przez jakiś czas. Umowę załączam do wglądu (nawiasem, nigdy jej nie podpisałam ani nie zgodziłam się słownie na jej warunki, więc nie obowiązuje mnie punkt o niezdradzaniu jej szczegółów).

Przez cały ostatni rok w większości przypadków byłam pozostawiona sama sobie. Nikt ze mną niczego nie konsultował, a ja nie dostałam odpowiedzi na prawie żadne wiadomości. Generalnie robiłam swoje tak, jak czułam. To od razu wyklucza słowo „partnerstwo”, o którym Mariusz mówił wielokrotnie. Umówiona byłam z nim na przygotowanie 3 projektów. Mój deadline był 15 września. Ja miałam wszystko gotowe, jednak kontaktu z Mariuszem nie miałam przez 2 miesiące, później wymieniliśmy się kilkoma wiadomościami, a potem znowu kolejne 2 tygodnie brak kontaktu.

„Hej! Mariusz wciąż nie ma dla mnie czasu, co zostawia mnie w niepewności i zastanawiam się czy mielibyśmy nawet wystarczająco czasu na wydrukowanie planera, skoro jest już właściwie koniec września?”

Nie dodaję nazwiska ani zdjęcia współpracownika Mariusza, do którego to napisałam z chęci ochrony prywatności tej osoby.

Z jednym z jego pracowników również miałam zerowy kontakt, a drugi co prawda czasem mi pomagał, co było super, ale jeśli chodzi o jakieś większe i poważniejsze sprawy to mówił, że musi skonsultować z Mariuszem. A on był niedostępny, ponieważ zajmował się swoimi sprawami i sprzedażą swoich produktów. 

Spędziłam dużo czasu nad tym, by te projekty jak najlepiej zrealizować do końca. To był czas bez rodziny, poświęciłam mnóstwo energii, no i straciłam jakikolwiek zysk. Żaden projekt nie doszedł do skutku, czego powodem był zwyczajnie brak kontaktu z Mariuszem.

Przez te wszystkie doświadczenia, i inne, po kilku miesiącach rozmyślania na ten temat oraz rozmawiania z różnymi ludźmi, podjęłam decyzję, że nie chcę już dalej współpracować, nie chcę podpisać otrzymanej niedawno umowy. Poniżej wrzucam moją długą i bardzo szczegółową wiadomość, którą wysłałam do Mariusza, i w której to opowiedziałam mu dokładnie, jakie były moje powody. Starałam się napisać tego maila w taki sposób, żeby wszystko z mojej strony było jasne. Zależało mi na tym, by wszystko było dobrze, grzecznie i ze szczegółami. Chciałam zakończyć sprawę w zgodzie i pozostać znajomymi.

I jeszcze dodam, że zamazałam imiona i nazwiska oraz nazwy projektów dla prywatności. Poza tym, wszystko inne jest dokładnie tak, jak napisałam i wysłałam do Mariusza Budrowskiego.

Ważne jest tutaj to, że ja mówiąc mu, iż nie chcę kontynuować naszej współpracy, nie złamałam żadnej umowy, ponieważ nigdy nie podpisałam oraz nigdy nie zgodziłam się słownie na żadną umowę mówiącą, że nie mogę zrezygnować z dalszej współpracy. W powyższym dokumencie napisałam również, że musimy zdecydować co zrobić z książkami (punkt 7), ale nie napisałam, że nie zgadzam się na ich sprzedawanie.

W punkcie 8 popełniłam błąd, który teraz widzę, ponieważ napisałam, że „nie zgadzam się na ich używanie w jakikolwiek sposób”. Chodziło mi tutaj o brak mojej zgody na kopiowanie treści, powielanie i sprzedawanie czegokolwiek, co wysłałam, a co nie było jeszcze wydane. Nie chodziło mi o zakaz sprzedawania książki „Mój Owocowy Świat”, bo o tym jest punkt 7, gdzie napisałam, że „musimy ustalić, co z nimi zrobić”. Źle ubrałam w słowa punkt 8, niestety. Natomiast Mariusz mi tego nie zakomunikował, nie chciał tego wyjaśnić, a ja sama dopiero teraz, pisząc ten post, to zauważyłam.

Po wysłaniu tej wiadomości podejście Mariusza do mnie bardzo się zmieniło. Stał się agresywny, obrażał mnie, próbował poniżać, oskarżać o różne rzeczy. Miałam wrażenie, że rozmawiam z kimś zupełnie innym, nie z Mariuszem.

Widzicie totalną zmianę w podejściu? Zobaczcie, Mariusz nieraz nie odpisywał mi przez wiele tygodni, a tu nagle nalega, żebym ja podjęła tak ważną decyzję raz-dwa, bo on nie może czekać. Co więcej, jak wyjaśnię później, Mariusz nie chce nam nawet zapłacić tyle, ile my zapłaciliśmy za ziemię. „Twoja pozycja zniszczyła we mnie chęć zrobienia z Wami czegokolwiek, zostałem okropnie potraktowany” – udostępniłam wyżej cały dokument, który wysłałam Mariuszowi. Oczywiście, każdy odbiera wszystko na swój sposób, ale ja osobiście nie widzę tam „okropnego traktowania”, wręcz przeciwnie. Wyjaśniłam wszystko grzecznie, ze szczegółami. A „mój dehydrator”, jak to Mariusz to nazywa, nie jest jego 🙂 Mariusz zniszczył mój dehydrator i sam mi zaproponował, żebym oceniła szkody i w razie co, odkupi mi nowy. Szkoda była duża – odpadła większa część spodu. Także Mariusz po prostu odkupił mi dehydrator, który sam zniszczył.

„Zniszczenie przyjaciela”? O co chodzi? Napisałam, raz jeszcze – ze szczegółami i grzecznie – dlaczego nie chcę kontynuować współpracy i podpisać umowy. To jest zniszczenie przyjaciela? Pytanie, czy to w ogóle była przyjaźń.

Moja odpowiedź w pełni, żeby wszystko było dla Was jasne.

„Umowę zerwałaś ty” – o tym będę mówić bardziej dokładnie później i zobaczycie, że Mariusz sam napisał mojemu mężowi, że nie było żadnej umowy.

„Dołączyłaś do ludzi, którzy nigdy Ci nie pomogli” – nie mam ZIELONEGO pojęcia, o czym lub raczej o kim on tu mówi, serio. Nigdy mi tego nie wyjaśnił, a ja szczerze mówiąc nie jestem zainteresowana wystarczająco, by drążyć temat. Otaczam się bowiem ludźmi, którzy, jeśli mi pomagają, robią to bezinteresownie. I jeśli ja im pomagam to też robię to bezinteresownie. O to chodzi w pomocy.

I teraz totalna zmiana u Mariusza…

Punkt 1, jeśli Mariusz ma kilka lub kilkanaście projektów i nie jest w stanie tego ogarnąć (co jest jak najbardziej zrozumiałe) to kwestionuję to, czy dobrym pomysłem było tworzenie i angażowanie się w większą ich ilość, co zrobił proponując mi tę współpracę. Dodatkowo, nigdy nie zakomunikował mi tego, więc nie wiedziałam do tego właśnie momentu.
„Twoje niezrozumienie biznesu” – to czytałam i słyszałam bardzo często. Rozumiem więcej niż Mariusz myśli, ale jeśli chodzi o jego widzenie biznesu to nie, nie rozumiem. Bo takiego biznesu nie chcę rozumieć.

Punkt 2, „nie tłumaczę się przed nikim (…) biznes to biznes” – wiecie, w mojej ocenie, jeśli robi się z kimś współpracę „partnerską” to tłumaczenie różnych rzeczy jest konieczne. Rozmowy są konieczne. Manipulowanie mną mówiąc, że ja się nie znam jest dla mnie poniżej jakiegokolwiek poziomu.

„Przepraszam” – kwestionuję szczerość tego słowa tym bardziej, że to nastawienie zmieniło się również bardzo szybko.

To jest kolejna wiadomość od Mariusza do mnie.

„To wymaga zbyt wiele ode mnie” – tego Mariusz NIGDY mi nie zakomunikował aż do momentu, gdy powiedziałam że nie chcę kontynuować współpracy. 

Zwalanie winy na innych i totalny brak wzięcia odpowiedzialności za swoje czyny i słowa… lub ich brak.

#1 Nie było żadnych gróźb karalnych z mojej strony. Tu nie wiem nawet, jak mam się do tego odnieść, szczerze mówiąc.

#2 Tu chodzi o to, że wielu z Was dostało maila z podziękowaniami do zapisania się do newslettera Odmładzania na surowo mimo tego, że się nie zapisaliście. Ja również takiego maila otrzymałam. I nikomu żadnych danych nie wysyłałam. 

Poniżej jedna z kilku wiadomości od Was.

Sami dopowiedzcie sobie resztę.

#3 Mariusz dalej grozi, że przyjedzie do Miami po dehydrator, który dobrowolnie odkupił po zniszczeniu mojego.

#4 „Nie wiesz, z kim zadzierasz” – to słowa Mariusza. Myślę, że dobrze będzie jak je zapamiętacie.

W pewnym momencie napisał mi, cytuję: „nie dostaniesz od nas już ani grosza”.

A potem kontynuował sprzedaż mojej książki. I to jest jedyna umowa, która została złamana i nie przeze mnie, ale przez Mariusza – ta, która mówiła, że ja dostaję 30% za każdą sprzedaną książkę, a on 70%. Nagle zmienił te proporcje na 0% dla mnie i 100% dla siebie bez konsultacji ze mną, była to jego decyzja i to jest to, o czym ja Wam zakomunikowałam na moich social media, nic więcej. Książka ta jest moją własnością intelektualną i to ja mam do niej 100% praw autorskich (według polskiego prawa jedyny sposób na zrzeczenie się praw autorskich jest poprzez pisemne orzeczenie, którego ja nigdy nie napisałam). Dopiero wtedy napisałam mu, że jako właścicielka praw autorskich, nie zgadzam się na to, by dalej sprzedawał moją książkę (screen shot również tutaj dodam za moment). I to nie Mariusz Budrowski usunął posty i książkę ze sprzedaży tak, jak mówi. Zrobił to jego pracownik, który sam podjął taką decyzję, natomiast tutaj, znów, chodzi mi o ochronę prywatności tej osoby, więc nie zdradzę, kto to jest oraz nie dodam screen shotów rozmowy.

Stąd też rozmowa, której fragment już wcześniej opublikowałam na Instagramie.

Po mojej wiadomości nie dostałam już żadnej odpowiedzi z drugiej strony. 

Odpowiedź Mariusza

Mimo braku odpowiedzi do mnie w wiadomościach prywatnych, Mariusz zaczął działać na własną rękę na YouTube i w innych miejscach.

Screen shoty naszych rozmów już widzieliście wcześniej, ale teraz myślę, że najlepiej byłoby przejść do tego, co było dalej już publicznie, nie prywatnie między mną a nim. Ja bowiem nie dostałam już żadnych wiadomości, żadnej odpowiedzi na to, co napisałam ostatnio (m.in. poprosiłam o konkrety co do tego, na co dokładnie się zgodziłam, o czym byłam informowana, jaką umowę podpisałam, itd.), natomiast Mariusz Budrowski zdecydował nagrać film na YouTube na temat poznawania prawdziwych przyjaciół w biedzie… lub nie. Osobiście filmu nie widziałam, ale wielu moich widzów do mnie pisało mówiąc, że są w szoku, że to było oczywiste, że mówił o mnie i moim mężu. Co ciekawe, wielu z Was w komentarzach u niego również prosiło o pokazanie podpisanej przeze mnie umowy, na co Mariusz reagował kasowaniem komentarzy i blokowaniem Was. W filmie Mariusz wspomniał o tym, że przyjaciół najlepiej dobierać takich, którzy są na tym samym poziomie finansowym. Według mnie ten tekst pokazuje co ma najwyższą wartość w życiu Mariusza, a także że nie ceni osób, które mają o wiele mniej pieniędzy niż on… czyli większość ludzi go oglądających.

Drugą rzeczą, która zszokowała nie tylko mnie ale i Was, to wiadomości prywatne, które Mariusz wysyłał do moich widzów. Nie mam pojęcia, do ilu osób to wysłał, ale kilka osób mi to przekazało przesyłając screen shoty. Myślę, że najlepszym rozwiązaniem tutaj będzie po prostu wklejanie każdego punktu z owej wiadomości po kolei i dodawanie moich komentarzy od razu pod każdym z nich. 

Jak widzicie, dużo jest tu różnych spraw. Mariusz mówił nie tylko o sprawie z książkami, ale posunął się znacznie dalej zahaczając o tematy, o których ja nawet nie chciałam mówić i które nie mają związku z zaistniałą sytuacją. Nie wspominając o tym, że nawet nie są prawdą. Tutaj wyjaśnię więc punkty po kolei.

Totalnie nie rozumiem „przyjaźń zniszczona przez Agnieszkę”, ponieważ jedyne co zrobiłam to poinformowanie Mariusza, że nie chcę kontynuować współpracy. Napisałam nawet, że nie mam nic przeciwko robieniu jakichś wspólnych filmów raz na jakiś czas tak, jak kiedyś. Jego odpowiedź na moją wiadomość i dalsze postępowanie sprawiło, że zdałam sobie sprawę z tego, że Mariusz którego „znałam” około 5 lat to ktoś zupełnie inny niż osoba, którą naprawdę jest.

„Kto jest inteligentny, ten zrozumie” – próba manipulacji czytelnika i przekazanie mu, że jeśli ktoś wyciągnie inne wnioski niż Mariusz to nie jest inteligentny.

Mariusz zrobił to z własnej woli i ja nie raz i nie dwa mówiłam mu, że jestem mu za to ogromnie wdzięczna, bo jego wsparcie było dla mnie bardzo ważne. Nie zmienia to jednak faktu, że Mariusz nie był jedyną osobą, która mi wtedy pomogła (np. inny YouTuber zrobił kilka filmów na ten temat). Nie było „innych” filmów, a przynajmniej ich nie pamiętam i teraz ich nie widzę. Jeśli to był „błąd” mimo moich wielokrotnych podziękowań to jest to już tylko sprawa Mariusza, a mi jest po ludzku przykro, że całe wsparcie psychiczne jakie mi okazał było tak bardzo interesowne i widzi je teraz jako błąd.

Nigdy nie rozmawialiśmy „godzinami” i to z łatwością można udowodnić cofając się na Facebooku do rozmów z tamtego czasu. Rozmawialiśmy kilka razy, owszem, ale nie godzinami i nie tak często, jak Mariusz próbuje wmówić ludziom, do których wysłał tę wiadomość. Gdybym wiedziała, że jego „pomoc” jest tak bardzo interesowna to odmówiłabym od razu. Nikt inny bowiem niczego w zamian ode mnie nie oczekiwał.

To ja napisałam do Mariusza pierwsza i zapytałam w jaki sposób wydał swoją książkę, bo ja chciałam wydać moją (znów – można się cofnąć do tych wiadomości, bo one dalej tam są). Wtedy Mariusz powiedział, że może mi pomóc, natomiast nie była to pomoc bezinteresowna (wcale takiej nie oczekiwałam w sytuacji, w której miał mi pomóc z wydaniem), co już wyjaśniałam wcześniej mówiąc o podziale zysku. Mariusz zdecydował sam, bez żadnych konsultacji ze mną, że wydrukuje aż 5000 książek z powodów znanych tylko jemu, o czym ja dowiedziałam się dopiero, gdy przyleciałam do Polski. Mariusz niestety nie sprawdził się jako wydawca w związku z czym teraz, 3 lata później, książek zostało 2000. Mariusz nigdy również nie wspomina o tym, ile na książkach zarobił, a to również jest bardzo istotne. I oczywiście, pewnie, mogłam zapytać ile książek chce wydać, dlaczego, itp. Nie zrobiłam tego jednak. Nie wiem dlaczego.

Chciałabym tu zauważyć to, o czym Mariusz nie wspomniał, a mianowicie fakt, że opłacił podróż i zakwaterowanie WSZYSTKIM prelegentom, którzy obecni byli na owym wydarzeniu. Łącznie z uczestnikiem, który przyleciał z Kanady. To nie jest nic nowego, a raczej standard – jeśli organizator jakiegoś wydarzenia zaprasza gości na owe wydarzenie to opłaca im podróż. Tekstu o robieniu ze mnie „gwiazdy” nie skomentuję bardziej poza tym, że bardzo wiele osób na tym wydarzeniu było tam dla mnie i znali mnie z mojego kanału, nie od Mariusza. Nie zmienia to oczywiście faktu, że bardzo mi się tam podobało i że Mariuszowi za to dziękowałam wielokrotnie; że spędziłam z nimi świetny czas oraz że poznało mnie wiele nowych osób. Raz jeszcze jednak: gdybym wiedziała, że wszystkie działania Mariusza były tak bardzo interesowne to od razu bym odmówiła.

Filmy na temat Odmładzania Na Surowo na YouTube pojawiały się już wcześniej, niż filmy na mój temat i szkoda, że Mariusz o tym zapomniał. Hejt na Odmładzanie Na Surowo nie zaczął się ode mnie. Moja książka otrzymuje okropne opinie, a raczej nie książka tylko ja, jako osoba. Ze strony Mariusza nie było działań w kierunku usunięcia owych opinii z różnych stron internetowych. Zamiast niego robiłam to ja.
Nie rozumiem tego tekstu „kolejne błędy”. Wzbudzanie współczucia i żalu u ludzi? O co chodzi?

Myślę, że Mariusz zapomina tutaj o tym, jak wyglądała sytuacja. Ja w tamtym czasie każdego dnia (!) otrzymywałam groźby (łącznie z groźbami śmierci czy też porwania mi dzieci), obrażano mnie na każdym kroku, nie było wtedy ani jednego (!) pozytywnego komentarza nigdzie, ani jednego! Pisano o mnie w prasie, mówiono w telewizji. Wszystko to było kłamstwem, ale ludzie dali się zmanipulować i okropnych wiadomości dostawałam setki. Trochę żałuję, że nie robiłam screenów, bo bym Wam tu pokazała o co mi chodzi. Było to jednak dla mnie za trudne do zniesienia, nie byłam w stanie na to patrzeć, czytać tego, „robić swojego” i nie zwracać uwagi. Musiałam odejść na jakiś czas i odpocząć psychicznie, bo mój stan wtedy odbijał się nawet na mojej rodzinie. Mój mąż powiedział, że się zmieniłam, że jestem nerwowa. Momentem kulminacyjnym było to, gdy zauważyłam, że boję się otworzyć drzwi, gdy ktoś do nich puka! Nie czułam się bezpiecznie we własnym domu. Nasłano też na moją rodzinę opiekę społeczną mówiąc, że „zaniedbujemy dzieci”! (Nawiasem mówiąc, kontrola skończyła się dobrze, bo pracownicy zobaczyli, że wszystko z moimi dziećmi jest w porządku, a przy wyjściu z domu zrobili zdjęcie lodówki mówiąc, że nigdy nie widzieli zdrowszej w żadnym domu, który odwiedzili do tej pory. Mówiłam o tym obszernie na YouTube.) Nie rozumiem, czego Mariusz ode mnie wtedy oczekiwał? Że ja to wszystko oleje i mimo gróźb śmierci dalej będę nagrywać udając, że wszystko jest OK, bo Mariusz „włożył pracę w wyciąganie mojego wizerunku z bagna”? Znów – bardzo to wszystko interesowne i aż byłam w szoku kiedy to czytałam. W totalnym szoku.

Dodam tu jeszcze tylko, że Mariusz nie wyciągał mojego wizerunku z bagna. Ja sama nad tym pracowałam, sama pisałam do różnych portali, sama kontaktowałam się z prawnikiem, sama wysyłałam wiadomości do różnych ludzi, sama robiłam kolejne filmy, publikowałam posty, itd.

Raz jeszcze, jak napisałam wyżej, mówiłam Mariuszowi nie raz i nie dwa, że jestem mu bardzo wdzięczna. Ale nie wiem, czego więcej on ode mnie oczekuje. W mojej ocenie mamy tu do czynienia z kolejnymi próbami wzbudzenia współczucia u innych oraz z przypisywaniem sobie znacznie więcej niż to, co miało miejsce.

Tutaj bez komentarza z mojej strony poza tym, że jak najbardziej doceniałam wtedy chęć działań ze strony Mariusza.

Z całym szacunkiem, ale… czym się zajmowałeś, Mariusz? 
Ja przygotowałam kurs, ja kurs nagrałam, ja go zmontowałam, ja przesłałam go Mariuszowi. Ja nagrałam filmiki promocyjne, ja napisałam wszystkie teksty na stronę z kursem, ja napisałam wszystkie newslettery, wybrałam zdjęcia, itd. Mariusz wrzucił kurs na YouTube. Stronę internetową stworzył jego pracownik. Dzieliłam się z Mariuszem zyskiem 50/50 za kurs, którego on nawet nie promował. Jak cokolwiek ma się sprzedać, skoro nikt o tym nie wie? Nie wdrożono żadnej strategii marketingowej poza wysyłaniem maili do moich subskrybentów, które ja sama pisałam. Wyżej Mariusz pisze „kolejne błędy”, ale w moim odczuciu, co mu nie raz pisałam, jeśli widzi się, że coś jest błędem, czyli że nie działa, to się ten błąd naprawia i robi się co innego. W tej sytuacji nic takiego nie miało miejsca. Poruszyłam ten temat nawet w wiadomościach do Mariusza, jak np. tutaj:

„Promo idzie”, choć nigdy nic nie widziałam. Żadnych postów na ten temat, żadnych filmów, żadnych maili o tym do listy Mariusza. Gdy pytałam o konkrety to nigdy ich nie dostawałam. I więcej wymówek… więcej wymówek. 

„Po co ja to wszystko robiłem” – tego nie wiem i widzę, że i Mariusz tego nie wie. Propozycje Mariusza zawsze zapisywałam, przy każdej rozmowie robiłam notatki, po czym wracałam do niego z odpowiedziami i konkretnymi informacjami co do tego, jak ja to wszystko widzę. Jak pisałam wcześniej, 3 projekty, na które umówiłam się z Mariuszem, skończone były z mojej strony, natomiast nigdy nie zostały sfinalizowane, ponieważ kontaktu z Mariuszem nie miałam w ogóle (tłumaczyłam to wyżej). Nigdy nie widziałam działań Mariusza jako „budowanie mojego wizerunku”, bo według mnie ja sama buduję mój wizerunek, ale to już jest różnica w opinii. Inną kwestią jest to, że to „pobycie z przyjaciółką” to było dosłownie kilka spotkań, ponieważ Mariusz nigdy nie miał czasu.

Zastanawiam się, dlaczego Mariusz nie wspomniał o tym, że przez jego „pomoc” straciliśmy inną, znacznie lepszą działkę? Wiem o tym nie tylko ja czy mój mąż, ale parę innych osób, które były tam obecne. Dlaczego nie wspomniał o tym, jak bardzo próbował poniżyć Kostarykańczyków i za działkę wartą setki tysięcy dolarów chciał dać 3 razy mniej mając na nadgarstku jednocześnie złotą bransoletkę i pokazując, ile może i ile jest wart? Mam wrażenie, że pieniądze niestety przysłoniły mu wszystko inne. Kostarykańczycy to prości ludzie i osobiście byłam bardzo zniesmaczona takim traktowaniem ich. 


Chcę tu jeszcze dodać, bo to jest niesamowicie istotne, że wszystko, co było związane ze znalezieniem ziemi, czyli to, że Mariusz w ogóle tam trafił, jeżdżenie po okolicy, szukanie, oglądanie działek, szukanie właścicieli, rozmowy z nimi, szukanie osób do różnych zadań (np. topograf, prawnik, tłumacz, itd.), robienie modeli 3D dla architektów i inżynierów, planowanie, gdzie budować, a gdzie sadzić, tworzenie listy drzew owocowych, szukanie źródeł najlepszych roślin, itd. zrobił mój mąż, Nathan w czasie, gdy Mariusz był w Europie i gdy był z nim znikomy kontakt. Jedyne co zrobił Mariusz to obejrzenie działki i podanie nam opinii o tym, co on o niej myśli, a następnie uczestniczenie w rozmowach dotyczących ceny. Mój mąż spędził nad tym wszystkim w sumie około 400 godzin. Dlaczego Mariusz o tym w ogóle nie wspomniał?

„Kolejne błędy” i smutne emotki – kolejne wzbudzanie współczucia u czytelnika.

Poza tym, co to ma w ogóle do rzeczy? W ogóle bym o tym nie pisała, gdyby nie to, że Mariusz o tym napisał w wiadomościach do Was.

Nawet nie chce mi się komentować tego tekstu. Z szacunku do Was, moich czytelników. I do samej siebie.

Mariusz powiedział, że super by było, gdybym przyleciała do Polski na Witariadę. Poinformowałam go w tamtym czasie, że chciałabym, ale nie mogę polecieć ponieważ ani ja, ani mój mąż nie mieliśmy wtedy zarobku i korzystaliśmy z oszczędności przeznaczonych na działkę, budowę domu, wyposażenie oraz życie na co dzień, a nie na podróże na drugi koniec świata, które nie są wcale tanie (moje zarobki z YouTube oraz książek, mimo tego, co wiele osób myśli, są niesamowicie niskie – ostatnie kilka wypłat od Mariusza wynosiły około $70, czyli ok. 285 zł na miesiąc… czyli prawie nic, nie oszukujmy się). Mariusz wtedy powiedział, że on mi opłaci przyjazd, że zapłaci również za April, a ja mam się niczym nie martwić. Niedawno napisał nawet, że to była sprawa „koleżeńska” (screen shot już pokazywałam wyżej). Przyjęłam tę ofertę jako prezent. 

Nie zarzuciłam Mariuszowi, że nie miałam wystarczająco czasu, i że nie mogłam sprzedać książek. Jak widzieliście w dokumencie wyżej, napisałam grzecznie, że moje książki nie były dostępne przez jakiś czas po rozpoczęciu Witariady (co jest prawdą i wiele osób może to potwierdzić). Czyje to było niedociągnięcie – tego nie wiem i nie ma to teraz znaczenia. Znaczenie ma to, że ich nie było, a miały być – i tylko o tym wspomniałam, bo nie wiem co się stało. Napisałam też, że przyleciałam kawał drogi i miałam jedynie godzinę na scenie porównując do osoby mającej 3 godziny, która nie współpracowała z Mariuszem w ogóle. Nie było to nowością dla Mariusza, ponieważ ten temat został poruszony na zebraniu organizatorów i wolontariuszy od razu po Witariadzie, w którym przypadkiem miałam przyjemność uczestniczyć. Zostałam wtedy poinformowana przez jedną osobę (która też już z nimi nie pracuje tak swoją drogą), że to był błąd i następnym razem dostałabym więcej czasu. Nie uważam, żeby to było „zarzucanie”. Zostałam zapytana co bym zmieniła, więc odpowiedziałam zgodnie z prawdą.

Poniżej macie screen z wiadomości, którą Mariusz wysłał do mojego męża na temat tego samego wydarzenia.

„Moje pieniądze, moje wydarzenie i zamiast wdzięczności słyszę, że nie miała wystarczająco czasu na scenie?”

Czym dla Mariusza jest „bycie wdzięcznym”? Bo moją wdzięczność wyraziłam WIELE razy. Ciekawa jestem czy od innych uczestników, którym również opłacił podróż, zakwaterowanie i czas na scenie, również oczekuje tak wiele, jak ode mnie.

Znów – z całym szacunkiem, ale ja też mam swoje życie. Do USA wróciłam dlatego, że musiałam dokończyć moje sprawy imigracyjne, by w końcu zostać obywatelką USA. W żaden sposób nie mogłam tego zrobić będąc w innym kraju, musiałam być w USA przez dłuższy czas. Wszystko wyjaśniłam Mariuszowi dokładnie. Nie wiem dlaczego Mariusz nie wspomina tu o tym, że jak my byliśmy na Kostaryce i wkładaliśmy taki ogrom pracy w szukanie ziemi i ogarnianie tego wszystkiego, a ja siedziałam jak głupia nad projektami, na które on w ogóle nie miał czasu (mimo obietnic, że będzie miał) to on był w Europie przez kilka miesięcy (!), zarabiając ogromne pieniądze na odnowach biologicznych i sprzedaży swoich produktów nie utrzymując ze mną żadnego kontaktu. Dlaczego o tym nie mówi?

Poza tym, znowu, z całym szacunkiem – jesteśmy dorosłymi ludźmi i każdy bierze odpowiedzialność za swoje czyny. Co to znaczy, że go „zostawiłam”? Tak mogłoby powiedzieć moje dziecko, a nie dorosły człowiek, z którym jedynie współpracowałam. Ja w żaden sposób nie byłam przywiązana do Mariusza i on nie był przywiązany do mnie. Mariusz nie potrzebował ode mnie niczego, czego nie mógł zdobyć będąc na odległość. Przez większość czasu wcześniej przecież ja byłam w USA, a on w Polsce i wtedy mu to nie przeszkadzało. 

„Presja” dlaczego tak mało zarabiałam istniała od bardzo dawna. Przez cały 2020 rok wraz z Mariuszem zarobiłam 2.400 dolarów (czyli 9849 zł według aktualnego kursu). Za cały rok!!!! To daje 820 zł miesięcznie. Zastanówcie się, czy jakbyście zarabiali tyle w miesiącu wkładając w pracę nie tylko energię, ogrom czasu, ale i całe swoje serce, to nie mielibyście żadnego problemu? Nie poruszalibyście tego tematu? Oczywiście mogę pokazać screen shot z rozliczenia podatkowego, na którym widnieje ta kwota (bo tak, ja rozliczam się z podatków w USA nawet, gdy zarobek jest tak niski). Można dużo robić za darmo dla kogoś, ale nie można oczekiwać, że ktoś będzie za darmo robił wszystko, bo niestety żyjemy w świecie, w którym musimy mieć pieniądze. Samo „dziękuję” nie opłaci mi rachunków mimo tego, że bardzo bym chciała, by tak było.

Ja przez kilka lat robiłam wszystko całkowicie za darmo na social media. Na mojej stronie dalej mam parę darmowych ebooków, na przykład. YouTube jest całkowicie za darmo. Całą wiedzą na Instagramie dzielę się za darmo. Newslettery są darmowe. Odpowiedzi na setki wiadomości są za darmo. Nie zrozumcie mnie źle, ja uwielbiam to, co robię, natomiast w pewnym momencie zaczęło to zabierać tyle czasu, że nie jestem w stanie robić wszystkiego już za darmo, bo to się stała normalna praca dla mnie. A zarobek na poziomie $2.400 za cały rok jest dla mnie poniżający i zdecydowanie nie przekłada się na ilość pracy, którą we wszystko wkładam.

Mariusz wiele razy powiedział, cytuję, „działajmy dalej, a o umowie jeszcze porozmawiamy”. Działałam więc i myślałam, że to funkcjonowało w obie strony, ale jednak nie było tak i teraz to widzę. Dziwię się, że o tym nie myślałam wcześniej mimo tego, że wiele razy próbowałam się z Mariuszem skonfrontować. Za każdym razem odpowiadał mi, że „nie będzie się z niczego tłumaczyć”, co czytaliście już na jednym ze screen shotów wyżej. Umowy nie chciałam podpisać, ponieważ była dla mnie bardzo niekorzystna, co już też pisałam, ale byłam otwarta na negocjacje, do których nigdy nie doszło. Poza tym, „dlaczego dla niej nie pracuję” – za coś mu płaciłam te 70% z książki i 50% z kursu, prawda?

Mariusz zaproponował uczestnictwo w jednej z odnów jednej z osób, które współpracowały z nim wcześniej (a które również odeszły). Z tego co pamiętam, to na odnowach miał różnych gości, choć tutaj mogę się mylić, bo nie sprawdziłam tej informacji. Dowiedziałam się od moich widzów tego, że Mariusz chce zorganizować odnowę na Kostaryce, w związku z czym zapytałam go czy nie rozważyłby zaangażowania mnie, skoro też tam mieszkam. Odpowiedział mi, że jest to „do przegadania”. Nigdy jednak do tej rozmowy nie doszło, w związku z czym wspomniałam o tym też w dokumencie, który mu wysłałam, i który wcześniej widzieliście. Czy to było „wyrzucenie” mu tego? Hmm. Ja bym tego tak nie nazwała. Tym bardziej, że za pierwszym razem powiedział, że o tym porozmawiamy.

Tekst o zazdrości sprawił, że zaczęłam się śmiać na głos. Poważnie! Mariusz bardzo często mówi o zazdrości i wspomina o tym zawsze wtedy, gdy ktoś się z nim w czymś nie zgodzi lub gdy ktoś od niego odchodzi. Jakby wszyscy mu zazdrościli. Tylko czego? W pewności siebie nie ma absolutnie nic złego, natomiast czasami, jak w tym przypadku, przysłania wszystko inne. Ja bowiem nie czuję żadnej zazdrości w kierunku nikogo i niczego, nigdy. Zazdrość to w mojej ocenie negatywna emocja, która źle wpływa na osobę odczuwającą ją. A ja nie robię nic, co sprawia, że się źle czuję. Nie rozumiem w ogóle tekstu, jakobym nie potrafiła znieść tego, że Mariusz pokazuje Kostarykę i że się tam odnajduje. No dajcie spokój, bądźmy poważni.

O tym w sumie już wcześniej mówiłam. Pierwsze zdanie poruszyłam już szczegółowo. Co do tego, że zażądałam wstrzymania sprzedaży książek – nieprawda. Jak sami widzieliście, nic takiego nie napisałam. Taką informację wysłałam Mariuszowi dopiero wtedy, gdy poinformował mnie, że nie będzie mi już wysyłał ani grosza za książki (tę wiadomość pokazałam już wcześniej). W kwestii magazynowania książek też jest ciekawa historia, bo rok temu, gdy powiedziałam Mariuszowi, że jest mi mega głupio, że on płaci za magazynowanie książek, które się nie sprzedają, w odpowiedzi usłyszałam, że mam się niczym nie martwić, ponieważ wdrożymy nowy marketing książek i wszystko się zwróci. Nigdy nic takiego nie miało miejsca mimo moich wielokrotnych pytań. Samo zapewnienie „nic się nie martw, Aga” wystarczyło mi jednak. Gdybym została poproszona o to, by płacić za magazyn, zgodziłabym się. Zamiast tego jednak usłyszałam, bym się tym nie martwiła. Mogłam nalegać, pewnie. Nie zrobiłam tego. Dlaczego? Nie wiem. Może po prostu, gdy ktoś mi mówi „nie ma problemu” to dla mnie to oznacza „nie ma problemu”, a nie „jest problem, ale ci o tym nie powiem”. Jeśli nie ma szczerej komunikacji to zawsze będą nieporozumienia.

To są moje książki. Które napisałam sama, nad którymi spędziłam bardzo dużo czasu, energii oraz serca. Jak można powiedzieć, że one mnie nie interesują? Najchętniej rozdałabym je za darmo, bo mają dla mnie taką wartość, że chciałabym je podarować wszystkim, którym mogą pomóc. Natomiast to, pod względem zwykłych głupich pieniędzy, totalnie się nie opłaca i taka jest niestety rzeczywistość w dzisiejszych czasach.

Gdyby Mariusz od samego początku otwarty był na rozmowy ze mną w dojrzały sposób, to nie miałabym żadnego problemu w tym, by zgodzić się na sprzedanie książek „po kosztach” i zaniżyłabym nawet moje zyski. Rozmawiałam o tym z moim mężem. To nigdy się jednak nie stało, ponieważ Mariusz postanowił iść inną drogą, która doprowadziła do obecnej sytuacji.

Nigdy tego nie powiedziałam. Powiedziałam natomiast, że mam nagrania. Bo mam – wszystkie wiadomości głosowe, które między sobą wysyłaliśmy. Mariusz również je posiada. Nigdy nie nagrałam żadnej naszej rozmowy na żywo poza wiadomościami głosowymi na Facebooku lub WhatsApp, które posiadamy oboje.

Nigdy nie zrobiłam filmiku z zawartością lodówki Mariusza i nie do końca wiem, skąd on wziął ten pomysł. Nie posiadam takiego filmiku. Posiadam inne zdjęcia, tak, i Mariusz wie o tym ode mnie. Ciekawe jest natomiast to, że Mariusz w ogóle poruszył ten temat. Odbieram to jako otwarcie drzwi do dalszej rozmowy.


„Czy tak zachowują się normalni ludzie” – pytanie czysto retoryczne, więc pozostawię bez odpowiedzi. Dodam jedynie, że widzę to jako próbę obrażenia mnie i zaniżenia mojej wartości przed innymi, czego nie jestem w stanie zaakceptować.

„Dlaczego” – jakbym chciała nagrać taki filmik z lodówki Mariusza to zrobiłabym to po to, by pokazać Wam prawdę. Prawdę co do tego, jak Mariusz z Agnieszką się odżywiają. Jak żyją. Co jedzą, co piją. Jacy są na co dzień, a jacy w internecie. Będąc blisko nich na Kostaryce bardzo dużo widziałam (i nie tylko ja zresztą), dużo też słyszałam. I byłam w totalnym szoku! I, znów, nie tylko ja. 

Nie boję się powiedzieć, że na podstawie tego, co widziałam przez kilka miesięcy i o czym rozmawiałam z Mariuszem, to, co widzicie w internecie bardzo różni się od tego, jak jest poza kamerami. I to mnie bardzo boli. Jedyne, co mam sobie do zarzucenia w tej sytuacji to fakt, że tak długo o tym nikomu nie mówiłam, ponieważ czuję, że byłam częścią okłamywania Was i za to Was bardzo przepraszam. To jest jeden z powodów, dlaczego nie mogłam już z nim dalej współpracować. Nie jestem w stanie żyć w kłamstwie. Nie jestem w stanie oglądać ich filmów wiedząc, jak jest po ich zakończeniu. Nie jestem w stanie słuchać o „majonezie z nerkowców” wiedząc, że to majonez ze sklepu. Nie jestem w stanie słuchać o tym, jaka to „kawa jest niezdrowa” wiedząc, że Mariusz pije ją regularnie i nic Wam o tym nie mówi. I wiele, wiele więcej. To są bardzo łagodne przykłady i temat mogłabym rozwinąć znacznie bardziej. Rozważałam dodanie screen shotów z rozmów z Mariuszem na ten temat i biłam się z myślami przez kilka dobrych tygodni. Konsultowałam to też z wieloma osobami (niektóre nie mają z nim żadnego związku, inne kiedyś z nim pracowały), pytałam o opinie. Pierwsza wersja postu zawierała owe screen shoty, które pokazywały znacznie więcej niż wspomniana kawa czy majonez. Jednakże z powodu tego, że jednak dalej, mimo wszystko, mam jakiś poziom szacunku do Mariusza jako człowieka, nie wrzucę ich tutaj w tym momencie. Mariusz sam otworzył drzwi do tego tematu, jak napisałam wyżej, ja sama w ogóle tego tematu bym nie zaczęła. Myślę jednak, że ujawnianie tych rzeczy byłoby jednak zbyt dalekim posunięciem z mojej strony, bo, mimo wszystko, to były prywatne rozmowy w zaufaniu.

Nie wiem, skąd było we mnie aż tyle zrozumienia przez tak długi czas. Ale na szybko – każdy niech je i pije, co chce. To nie jest moja sprawa. Ale ja nie chcę być mieszana w kłamstwa i inaczej to wygląda, gdy jesteśmy osobami totalnie prywatnymi, a inaczej, gdy publikujemy różne rzeczy w internecie mówiąc innym, że mają nie robić tego, co robimy my bez przyznania się do tego. Dlatego u mnie widzicie na Instagramie nieraz różne inne rzeczy. Bo chcę być transparentna i nie tworzę fałszywego obrazu rzeczywistości tak, jak to jest w ich przypadku.

Zaznaczam wyraźnie, że zastrzegam sobie prawo do edytowania tego postu i dodania owych screen shotów, jeśli tylko zobaczę tłumaczenia w stylu „mieliśmy wtedy gości i to było dla nich” (co nie jest prawdą) lub „zdarzyło mi się raz” (co też prawdą nie jest), itp. Ponieważ mam już zwyczajnie dość takiego zachowania.

EDIT 6.01.2022
W związku z tym, że faktycznie były tłumaczenia niezgodne z prawdą, a ja dostaję od Was ogrom wiadomości, w których pytacie, o co chodzi, dodaję 3 kolejne screen shoty. Nie toleruję takiego kłamstwa. Mariusz tłumaczył w filmie, że kawę to on miał do lewatywy, ale zapomniał Wam powiedzieć, że lewatywę robi się wkładając sobie rurkę w odbyt, a on kawusię pił KAŻDEGO DNIA – pił, wlewając ją sobie z kubka lub filiżanki do ust. Powiedział, że jedzenie było dla dziewczyny jego syna, ale zapomniał dodać, że oni tam byli tylko jakieś 2 tygodnie, a Mariusz znacznie dłużej i jadł różne rzeczy PRZY MNIE, w ogóle się nie chowając, nie ukrywając, wręcz przeciwnie. Chował się natomiast przed innymi ludźmi, których znał. Zresztą, nawet, jeśli jedzenie było dla dziewczyny syna, to on nie musiał go zjadać, a jeśli już jadł to czemu się nie przyzna, przecież w tym nie ma nic złego. Czy jedzą mięso i nabiał? Tego nie wiem, ponieważ nigdy nie widziałam. Widziałam natomiast burgery (wegańskie) w zwykłych bułkach, różne inne gotowane jedzenie jaka np. ryż z fasolą, tofu w sosach i wiele innych. Przekąski, jak np. smażone plantany czy prażone orzeszki z paczek ze sklepów co chwila mimo tego, że w filmach mowa jest o nie zjadaniu przekąsek w ogóle. Napoje energetyczne do tego stopnia, że jak Mariusz przywiózł nasze auto z powrotem do domu po naszej wycieczce do San Jose (jego było w naprawie), to mój mąż zszokował się, ile puszek po energetykach tam było. Sama wtedy zdałam sobie z tego sprawę! Poza tym alkohol również się zdarza i to częściej niż ktoś może sobie pomyśleć. Z tym poszczeniem w czwartek, o którym możecie przeczytać w screenie poniżej, to też mogłabym polemizować, ale to już naprawdę nie jest ważne. I raz jeszcze – moje nastawienie jest takie, że każdy może jeść i pić co chce. Każdy. Niezależnie od tego, czy osoba ta jest całkowicie prywatna, czy w jakiś sposób publiczna. Problem pojawia się wtedy, gdy tworzy się fałszywy obraz rzeczywistości i kłamie się ludziom wiedząc i będąc w pełni świadomym, że to są kłamstwa oraz sprzedając im te kłamstwa jako najprawdziwszą prawdę. Tylko po to, by zachować twarz? Nie wiem. Wiem natomiast, że jeśli nawet w takiej sytuacji, gdzie mamy tyle przesłanek, ktoś nie jest w stanie przyznać się do tego, co robi, to coś jest nie tak. Możecie kliknąć na każdy screen poniżej, by powiększyć.

Pamiętacie akcję z Yovanną, czyli dziewczyną, która na YouTube kiedyś występowała jako Rawvana? Dziewczyna, która dalej sprzedawała swoje produkty, swoje kursy i przepisy na surowo wegańskie posiłki i różne oczyszczania, podczas gdy sama jadła już mięso. Wszystko wyszło na jaw, gdy ktoś nagrał i opublikował krótki film z Yovanną w roli głównej, w którym na talerzu miała rybę i nieudolnie próbowała ją ukryć rękoma. Dopiero wtedy wszystko wyszło na jaw i dopiero wtedy nagrała film mówiąc, że nie jest surową weganką, ani nawet weganką już od jakiegoś czasu. Ciekawi mnie czy w tej sytuacji będzie podobnie? Bo wiele dostałam wiadomości od ludzi piszących, że nie raz widzieli Mariusza w różnych miejscach z różnym jedzeniem. Czy to prawda? Nie wiem. Jeśli tak to przypuszczam, że w końcu zostanie zrobione zdjęcie lub nagrany film. Nie chciałabym jednak, by w taki sposób to wyszło, bo to jest chyba najgorsze, co może się zdarzyć, według mnie, a nie chciałabym tego dla Mariusza, mimo wszystko.

I następna część wiadomości:

Nie, nie dlatego, że chciałeś mi pomóc, Mariusz. Wszelkie powody wyjaśniłam wyżej. Poza tym, bardzo nie podoba mi się to, że Mariusz powiedział, że pomógł mi napisać książkę. Ja tę książkę pisałam SAMA! Sama!!!! Mariusz nie pomógł mi jej pisać w ogóle! On jej nawet nie przeczytał. Jak można tak kłamać?! Nie mieści mi się to w głowie. Gdyby Mariusz pomógł mi pisać książkę to wymieniony byłby w niej jako współautor. A tego, jak wszyscy z Was widzieli, jeśli macie moją książkę, nie ma. 

Jak już mówiłam wiele razy – jakbym wiedziała, że pomoc Mariusza oznacza, że ja muszę robić to, co mi mówi wtedy, gdy mi to mówi bez żadnego „ale” oraz że nigdy nie mogę się z czymś nie zgodzić, nigdy nie mogę zakończyć współpracy nawet wtedy, gdy jest dla mnie bardzo niekorzystna, to odmówiłabym w pierwszej minucie. Nie wiem, gdy ja pomagam ludziom, to nie oczekuję niczego w zamian… A już zwłaszcza takich rzeczy.

„Wisi nam kupę kasy” – nie można wisieć kasy komuś, od kogo się jej nie pożyczało. Płaciłam Mariuszowi 70% zysku z każdej książki właśnie dlatego, że był jej wydawcą i do jego zadań należało m.in. sprzedanie owej książki. Mariusz wypisywał ludziom oraz mnie, że jestem mu „winna” 300,000 zł! 300,000!!!!! Jeśli to w ogóle prawda to zupełnie nie rozumiem, skąd taka kwota. Ja nigdy nie dostałam żadnych rachunków ani faktur, które dałyby w sumie 300,000zł. W sumie nigdy nie dostałam nic. Nigdy nikt nie konsultował się ze mną, nigdy nikt mnie o nic nie pytał, nie prosił o pozwolenie ani nic takiego. Ciężko mi uwierzyć w taką kwotę, ponieważ ciężko mi zrozumieć, że ktoś mógłby aż tyle zainwestować bez umowy i nawet bez poinformowania i skonsultowania z drugą osobą, co jest kluczowe dla bezpieczeństwa obu stron, a szczególnie osoby inwestującej. Mogę się oczywiście mylić, ale tutaj szeroko otwieram oczy ze zdziwienia. Mariusz tłumaczył, że tyle zainwestował w działania „promocyjne”. Po pierwsze, jakie działania promocyjne? Po drugie, nikt nigdy ze mną niczego konsultował, nie pytał o żadne pozwolenia, nigdy nie podpisałam żadnej umowy. W liście, którą wysłał mi Mariusz, były punkty co do kosztów, o których ja nie miałam zielonego pojęcia, bo nikt nigdy o tych rzeczach ze mną nie rozmawiał, a co za tym idzie, nie miałam okazji się zgodzić lub nie zgodzić. Tutaj nie pokażę Wam screenów, bo one nie istnieją właśnie dlatego, że nie było żadnych konsultacji ani nic, i to jest duży problem. Jak można żądać zwrotu zainwestowanych pieniędzy od kogoś, z kim nie rozmawiało się w ogóle o żadnych inwestycjach? Mariusz pisał Wam też w komentarzach, że chce odzyskać „błędnie zainwestowane pieniądze”, natomiast jeśli inwestuje się błędnie to jest to problem osoby inwestującej, a już zwłaszcza w sytuacji, gdy druga osoba NIE MIAŁA POJĘCIA o jakichkolwiek inwestycjach. Gdyby Mariusz przedstawił mi wszystko jasno i wyraźnie, jak prosiłam mnóstwo razy (jeden z nich w screenie niżej), to bym się na to absolutnie nie zgodziła! A już szczególnie nie bez żadnej umowy. 

Jakby zaokrąglić wszystko do tysięcy, to zostało 2000 książek, czyli sprzedało się 3000. Jedna książka kosztowała 49 zł. Po obliczeniach, Mariusz dostając swoje 70% otrzymał za te 3000 książek 102,900 zł. Nie wiem, dlaczego nigdy nikomu o tym nie wspomniał, ale myślę, że to też jest istotne. I to są same książki, a tego było więcej. 

Ja podczas współpracy w ciągu ostatniego roku wiele razy prosiłam o szczegóły dotyczące tego co robimy, co oni robią, itd. Chciałam wiedzieć. Jak tu na przykład:

Za każdym razem, gdy o to prosiłam, dostawałam w odpowiedzi coś w stylu „to jest biznes, ja się nikomu nie tłumaczę”. I nigdy żadnej listy nie dostałam. 

Nie wątpię w to, że Mariusz kierował się dobrem. Uważam, że ogólnie to jest bardzo dobry, wartościowy człowiek o dobrym sercu i nie mam żadnej potrzeby obrażania go, poniżania ani wysyłania wiadomości jego obserwatorom. Jednocześnie uważam, że jest po prostu bardzo zagubiony i jest w dużej potrzebie miłości, stąd takie zachowania. 

Jedyne, co zrobiłam, to poinformowanie Was zgodnie z prawdą, że nie otrzymam zapłaty za sprzedaż moich książek, ponieważ wierzę, że potencjalny klient ma prawo wiedzieć, gdzie idą jego pieniądze.

Kwestionuję jednak to czyim dobrem kierował się Mariusz. Jak wspomniałam nieraz tutaj oraz bezpośrednio do Mariusza, jestem mu wdzięczna za wsparcie, natomiast wybaczcie, ale to nie może być tak, że ta jak widać bardzo interesowna pomoc będzie się za mną ciągnąć do końca życia, nie pozwoli mi zrezygnować ze współpracy, zdecydować o nie podpisaniu umowy (nie wiedziałam, że miałam taki obowiązek, by ją podpisać!) oraz ciągnąć to, co jest dla mnie bardzo niekorzystne i co nie pozwala mi nawet kupić jedzenia dla mnie i mojej rodziny na zaledwie jeden tydzień, gdyż zarabiam tak mało. To był dla mnie ogromny szok. Co też zresztą Mariuszowi powiedziałam, jak widać w screenie poniżej.

Mariusz przyznał tutaj, że nie ma motywacji, natomiast nie odnosi się do prawie niczego, co ja napisałam w moich wiadomościach. Mariusz nie „oddał” mi platform, a jedynie dał dostęp do swojego Facebooka oraz Instagrama, gdzie miałam dodawać 1-minutowe filmiki z szybkimi i wartościowymi informacjami dla ludzi. Pomysł super, pewnie. Spodobał mi się i propozycję przyjęłam dziękując mu za to. Ale raz jeszcze – nie przełożyło się to na nic innego. W związku z tym, skoro to nie zadziałało tak, jak Mariusz myślał że zadziała, należało coś zmienić. To natomiast nigdy nie miało miejsca. Poniżej moja odpowiedź na wiadomość Mariusza, by było wszystko jasne.

I odpowiedź Mariusza…

Sami widzicie. „Jak napisałem wyżej”. Zero wyjaśnień, rozmowy, nic.

Co jest też BARDZO ciekawe według mnie to fakt, że Mariusz przetłumaczył tę wiadomość, którą wysłał do innych na angielski i przesłał ją do mojego męża. Nie była ona jednak identyczna, bo zawierała dwa punkty, które są według mnie istotne, a których w wiadomościach do obserwatorów nie było. Poniżej screeny, a pod nimi tłumaczenie na polski.

Tłumaczenie: „Musiałem popełnić zbyt wiele błędów budując tę znajomość i mogę być obwiniany za brak odpowiedzi Adze na czas (nie mieliśmy umowy mówiącej, że powinienem odpisywać i dla niej pracować) lub powiedziałem rzeczy, które mogły ją jakoś sprowokować, bo widzimy świat z różnych perspektyw.”

Pytanie, które mi się tutaj nasuwa brzmi tak – o co chodzi? Ja miałam robić wszystko i to za darmo i potem jestem oskarżona o zerwanie umowy w momencie, gdy Mariusz siedział z boku, niewiele robił, a mojemu mężowi napisał, że nie mieliśmy umowy, więc nie musiał mi odpisywać?! Brak mi słów. Widzicie jednak mieszanie we wszystkim i kłamstwa, jakie Mariusz wypisywał w wiadomościach i komentarzach do Was.

Żeby to było jasne, Mariusz w komentarzach do innych pisał nie raz i nie dwa, że to ja zerwałam umowę. Zarzucał mi to mimo tego, że ja żadnej umowy nie zerwałam. Jak mówiłam nie raz, mieliśmy tylko jedną umowę słowną, która traktowała o zyskach z książki, i na którą się zgodziłam. I nic więcej. (Mówię tu o książce, ale później była jeszcze jedna umowa słowna mówiąca, że zyskiem z kursu dzielimy się 50/50. Ten temat natomiast nie jest tutaj przez niego poruszany.) Nie było żadnej innej umowy ani pisemnej, ani słownej. Umowy pisemnej, którą dostałam, nie podpisałam i powiedziałam Mariuszowi, dlaczego. 

Rezygnując z dalszej współpracy nie złamałam żadnej umowy. Mariusz natomiast złamał umowę słowną, która mówiła, że ja dostaję 30% za każdą sprzedaną książkę mówiąc mi, że nie dostanę ani grosza. A to jest kradzież, ponieważ nigdy nie zrzekłam się praw autorskich do książki.

Natomiast, jak widzicie wyżej, w wiadomości do mojego męża napisał, że tak, nie był w sumie ze mną w kontakcie i tak dalej, ale przecież… nie podpisał umowy, więc nie musiał. To była ta umowa w końcu, czy nie było? Co ja w takim razie złamałam, skoro sam przyznał, że umowy nie było? No ludzie… 

Drugą sprawą było proszenie mojego męża o przekazanie mi, bym „zaprzestała tę wojnę w internecie”. 

„Co więcej, byłbyś tak uprzejmy i zapytałbyś Agę, by proszę skończyła to szambo internetowe, bo nie pomaga to mi w żaden sposób i niesprawiedliwie nadszarpuje moje imię?”

Czy to nie jest coś, o czym warto pomyśleć ZANIM nagra się film na czyiś temat i wyśle prywatne, oczerniające wiadomości do obserwatorów danej osoby? Naprawdę nie było innej drogi? Na przykład, no nie wiem, rozmowy ze mną?!

Nie napisał tego do mnie, w ogóle nie pokazał żadnej chęci, by cokolwiek wyjaśnić, nic. Zamiast tego napisał do mojego męża. Chciałabym, byście wiedzieli, że mój mąż mną nie rządzi, ani nie jest moim managerem i nie ma właściwie nic wspólnego z tym, co robię na moich social media. Poza tym, jak wspomniałam wyżej, ja napisałam Wam prawdę: że nie dostanę nic za sprzedane przez wydawcę książki. Domyślałam się, że będzie odpowiedź ze strony Mariusza, ale to była świadoma decyzja, bo według mnie macie prawo wiedzieć, że kupując książkę drukowaną, ja, jej autorka, nie dostanę za to nic. Nie wyobrażałam sobie nawet, że odpowiedź Mariusza będzie w formie nawiązującego do mnie filmu na YouTube oraz oczerniających wiadomości prywatnych do moich obserwatorów. Gdyby nie te dwie rzeczy, ten post w ogóle by nie powstał. Uznałam jednak, że takie bezpodstawne oczernianie mojej osoby przekracza moje osobiste granice szacunku do samej siebie. Przekroczyło to też granice wielu z Was, co wiem z Waszych wiadomości. Wiem też, że wielu z Was nie ma pojęcia o co w tym wszystkim chodzi. I wcale się nie dziwię. 

Co z Kostaryką

Jak wspomniałam wyżej, do USA wróciłam w celu dokończeniach spraw imigracyjnych i choć to już jest sfinalizowane, to dwójka z nas dalej czeka na swoje paszporty, bo ich ważność się kończyła i trzeba było wyrobić nowe, a czas oczekiwania teraz to nawet 18 tygodni. Jest też kilka innych spraw, które chcieliśmy tu dokończyć, jak chociażby zarobienie jeszcze jakiejś kwoty pieniędzy, by powiększyć oszczędności na przyszłość, oraz kilka innych. Mariusz to wie. On też nie raz mówił, że na Kostarykę poleciał „dzięki mnie” i to też sami wiecie, bo pisaliście mi to w wiadomościach. 

Ziemię kupiliśmy razem – 10 hektarów na pół. Jak widzieliście w screenach wyżej, Mariusz zażądał wręcz, byśmy odsprzedali mu naszą część. Nie jest jednak chętny do tego, by zapłacić tyle, ile my za nią zapłaciliśmy (raz jeszcze – proponuje nam mniej niż kwota, którą zapłaciliśmy, nie wspominając o tym, ile mój mąż włożył pracy we wszystko, gdy Mariusz był w Europie, i gdy był z nim znikomy kontakt; mój mąż działał tak bardzo wierząc i wiedząc po wstępnych zapewnieniach, że jego inwestycja czasu zwróci się później w podobnej formie, gdy Mariusz wróci do Kostaryki, co, jak widać, nie będzie miało miejsca, więc aktualnie ma oczekiwanie, że zwróci mu się to w sposób finansowy). Tutaj też oczywiście posiadam rozmowy między moim mężem i Mariuszem, ale nie będę ich teraz wrzucać, bo nie o tym jest ten post. Osobiście nie chcę mieszkać blisko Mariusza, ponieważ przez te wszystkie kłamstwa i wiele jego twarzy, nie czułabym się bezpiecznie pod wieloma względami. Ostatnio Mariusz napisał mojemu mężowi, że „ważność oferty kupna od nas ziemi mija we wtorek o godz. 15”, przy czym dalej chce budować i sprzedawać kawałki ziemi innym bez żadnych konsultacji z nami jako współwłaścicielami ziemi. 

To stawia mnie i moją rodzinę w dość słabej sytuacji.

Kiedy wracamy na Kostarykę – to jeszcze nie zostało przez nas zdecydowane. Na pewno Wam jednak o tym powiem w odpowiednim czasie. W chwili obecnej sami nie jesteśmy pewni, ale mamy nadzieję, że jak najszybciej. Gdzie teraz przebywamy – różnie to bywa. O tym nie chcę mówić, ponieważ nie uważam, żeby wnosiło to cokolwiek do mojej aktualnej działalności na social media.

Chciałabym Was też przestrzec. Oczywiście każdy z Was jest dorosłą osobą, która podejmuje swoje własne decyzje i ja nie mam żadnej potrzeby próbować je zmienić. Uważajcie jednak. Uważajcie, po prostu. Mnie również ostrzegało wiele osób, ale nie słuchałam. I sama się przekonałam. Nie jestem pierwszą osobą, która odeszła i przypuszczam, że nie ostatnią. Po prostu bądźcie ostrożni, gdy Mariusz zacznie proponować Wam kawałki swojej (naszej!) ziemi za ogromne pieniądze. I w innych sytuacjach też.

Chciałabym też przeprosić. Za to, że ukrywałam tyle rzeczy przez tak długi czas.

Parę słów na koniec

Ja nie mam w sobie żadnej złości, zazdrości, żalu ani nic takiego w stosunku do Mariusza. Natomiast jestem zawiedziona, czuję lekki smutek (wcześniej był większy, nie ukrywam), dalej jest szok i niedowierzanie oraz współczucie w stosunku do niego. Nie mam żadnej potrzeby oczerniania go przed nikim, dlatego mój post zawiera tyle dowodów w postaci screenów z naszych wiadomości – po to, by nie było to oczernianie, a dzielenie się faktami. Starałam się to napisać tak, by wszystko miało ręce i nogi i byście widzieli, że to o czym mówię nie jest wymyśloną przeze mnie bajką, a stanem faktycznym. Nie jestem osobą idealną, absolutnie wiem, że ja też popełniam błędy i to jest ludzkie, ale ja biorę odpowiedzialność za swoje czyny. Może mogłam zadawać więcej pytań. Mogłam żądać umowy. Mogłam wynająć prawnika wcześniej. Ale nie zrobiłam tego z tych wszystkich powodów, o których Wam mówiłam. Zaufałam i się przejechałam. Trudno, uczę się na doświadczeniach. Natomiast nie mam nic do ukrycia i uważam, że w tej sytuacji należą Wam się po prostu wyjaśnienia, ponieważ wysłane przez Mariusza wiadomości prywatne do Was rzuciły na mnie bardzo oczerniające i fałszywe światło, na co nie mogę sobie pozwolić jako człowiek. Oczywiście, każdy czytający to wyciągnie swoje własne wnioski i ja jestem przygotowana na ewentualny brak porozumienia, albo na to, że ktoś zrozumie coś w inny sposób niż to, co miałam na myśli. To normalne. Bardzo Was więc proszę, byście napisali do mnie maila (againamerica.info@gmail.com) zawsze wtedy, gdy coś nie jest jasne, a ja będę więcej niż chętna, by to wyjaśnić.

Dzięki za przeczytanie całości!

Pozdrowienia,
Aga

PS. Jednym z projektów nad którymi pracowałam, był planer na cały 2022 rok dla Was! Niestety, nie doszło do finalizacji tego projektu, jak już wiecie, ale postanowiłam udostępnić Wam planer na 3 pierwsze miesiące, który możecie sobie ściągnąć za darmo i korzystać albo po wydrukowaniu, albo na komputerze :).